Strona główna

Rozdział VI

Nowe wyzwania 1980–2000

Sztorm na Morzu Północnym, zdjęcie zrobione z platformy Gulftide. Fot. Hans Claesson/Norsk Oljemuseum

Nowe wyzwania. 1980–2000 Info
Nowe oblicze Norwegii na przełomie XX i XXI wieku różni się radykalnie od tego, którego świadkami sto lat wcześniej byli jej twórcy. Od 1900 roku kraj, który w jednej chwili musiał zdefiniować się na nowo i zdecydować o swojej przyszłości, przeszedł najpierw przez proces intensywnego uprzemysłowienia (na którym wzbogacili się nieliczni), ostrą walkę klas (która stała się pierwszym tak radykalnym przejawem walki o równość), a także przez głęboki kryzys ekonomiczny (który wtrącił społeczeństwo w stan koszmarnej biedy). W czasie okupacji naród norweski stracił nieporównywalnie więcej, niż pewna jego część zyskała na współpracy z Niemcami. Po wojnie, kosztem wielu wyrzeczeń, Norwegowie zdołali nie tylko odbudować kraj, ale też na nowo się określić i – nauczeni własnymi błędami – zadbać, by każdy obywatel mógł liczyć na pomoc państwa. Przetrwali drugą falę uprzemysłowienia, czas społecznych buntów i szał kapitalistycznej wolności, by u schyłku drugiego tysiąclecia pełnymi garściami czerpać z bogactwa, które sobie wypracowali i odkryli.

Dziennik jednego dnia

26 kwietnia 1995, Bi Five Magnus

Image
Morze Północne, lata 1973–75. Prace konstrukcyjne na platformie wiertniczej Ekofisk 2/4 Bravo. Fot. Hans Claesson/Norsk Oljemuseum

Pracownik platformy wiertniczej z Vest-Agder, 44 lata: 4.55 Budzik rozdzwonił się wściekle na półce szafki nocnej. Co najmniej dwie godziny wcześniej niż zwykle. Jadę na Morze Północne, a autobus odjeżdża o 5.35. [...]

11.30 Na pokładzie Superpumy należącej do Helikopter Service. Miałem dużego pecha i usiadłem w piątym rzędzie, odwróconym w stosunku do innych siedzeń. Siedzę strasznie ściśnięty z nogami wplecionymi między nogi pasażera zwróconego twarzą do przodu. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zrozumieć, że to nieprzyjemne. W miarę jak krew krzepnie w żyłach, zaczynam jednak siedzieć trochę niespokojnie. Z kolanem aż na jądrach tamtego mężczyzny nie mam wielkiej chęci poruszania się. [...]

Lot trwał godzinę. Po przylocie musimy poczekać kilka minut w wahadłowym helikopterze. Jesteśmy cicho zawieszeni w powietrzu nad powierzchnią morza w pobliżu platformy. Nie mam dobrego zdania o tym ćwiczeniu. Zachodzą silne wibracje i wydaje się, że helikopter przechyli się w tył. Siedzenie z twarzą zwróconą w tym kierunku wzmacnia to uczucie. Nawiasem mówiąc, latanie helikopterem nie bawi mnie już tak bardzo po siedemnastu latach podróżowania na morze co najmniej dwanaście razy w roku.

Kobieta z Finnmarku, 30 lat: W tym tygodniu mam „wakacje”, tydzień przeniesiony z ubiegłego roku. Wykorzystam go, żeby wziąć udział w przepędzaniu reniferów z Jergol (w gminie Karasjok) na Przylądek Północny.

Jest trzydzieści siedem minut po północy. Przed chwilą się położyliśmy. Leżymy w śpiworach na skórze rena, rozłożonej na podłodze w gumpi (maleńki domek na saniach, da się ciągnąć skuterem śnieżnym). Oto my: Marit, właściciel reniferów, Nils, ze swoim bratankiem Ronaldem. Pies Nilsa, Thomas, zwinął się w kłębek w nogach. Leżymy ściśnięci jak sardynki w puszce. Jest dobrze. Nie marzniemy. Na zewnątrz temperatura około minus dziesięć stopni. Stado reniferów jest w górach już jakieś dwa, trzy dni. [...]

Godzina dwunasta. Od stada reniferów dzieli nas już niewiele. Widzimy świeże ślady. Kiedy dziś rano w Jergol uruchomiliśmy skutery, na bezchmurnym niebie świeciło słońce. I wciąż świeci. [...]

W pobliżu Suolujávri doganiamy innych. Są zmęczeni i czekają na nas. Przez chwilę pędzimy stado razem, potem John Mikkel, Petter i Ronald jadą rozstawić namiot na górze Gorsavárri. Wyruszam w drogę wcześniej niż stado, aby znaleźć dobre miejsce do ugotowania kawy. Gdy dogania mnie Nils ze stadem, mam już gotową kawę i upieczone mięso. Kiedy my jemy, stado jest w drodze na północ. [...]

Wkładamy na sanie trochę sprzętu i jedziemy przez dolinę za stadem. Renifery rozbiegły się po skalnych wzniesieniach pod górą Cápesvarri, aby się paść. Nils robi rundę skuterem, żeby dojrzeć stada. Rozstawiam mały namiot i przywiązuję go mocno do sań i skutera. W nocy będzie zimno.

Chwilę przed tym, nim piasek w klepsydrze przesypie się do końca i będziemy mogli przeczytać, że jest 27 kwietnia 1995, stoję, przyglądając się Stabbursdalen i wszystkim górom. Góry są białe, a niebo niebieskoczerwone. Kolory te barwią obłoki na horyzoncie. Odczuwam głęboki spokój wewnętrzny.

(Przełożyła Marta Petryk)